poniedziałek, 11 lutego 2013

Różowe owce Freuda



W swoich koncertowych doświadczeniach byłem świadkiem wielu występów po których skakało mi libido, a także takich na których grali faceci, mający za sobą trudne dzieciństwo. Tych pierwszych bywało dużo więcej, bo przez wiecznie ograniczony budżet, ostrożnie wybierałem to, na co wydawałem pieniądze. Bywało, że przeżywałem rozczarowania, oglądając gwiazdy, słabe jak wróbel z zatwardzeniem, a czasem coś przeleciało mnie bez mydła, wgniatało w parkiet i wyciskało pod sceną siódme poty. Nie inaczej było w piątkowy wieczór w oslańskim Soria Moria, gdy w ramach festiwalu Vinterjazz 2013, Pink Freud, którego do tamtej pamiętnej 21:13 znałem jedynie z nagrań na tubce i empetrójek, wyszedł na scenę.



Budynek, w którym odbywał się koncert, to od 1992 roku, ważne miejsce na muzycznej mapie Norwegii. Gościło pod swoim dachem takie gwiazdy jak Grapelli, Zawinul czy Diana Krall. Sporo przewijało i przewija się tam muzyki z nurtu „world”: od dzikich zespołów folkowych, przez takie perły jak Tinariwen, Tomka Stańkę, a na ultradziwacznych orkiestrach, śpiewakach operowych z Nowhere Land i zespołach ze stajni „znane wszędzie, lecz nie u nas”, kończąc. 
Przed 21 znaleźliśmy się w klimatycznym wnętrzu Sorii Morii o nazwie Cosmopolite.  Scena kameralna, ale nie za mała, nagłośnienie obiecujące. Wybraliśmy sobie idealne miejsce, tuż przy akustykach, nieco z prawej strony sceny. Cieszyła spora ilość rodaków.



Mazolewski rozpoczął od cichego, basowego poplumkiwania, które zrodziło „Promises land”, niczym obiecankę czegoś, co ma kopnąć w odpowiednim momencie, ale z początku będzie łagodne, ciepłe i moralne. Bardzo obrazowo, wręcz ambientowo, niezwykle subtelnie. Wiecie, aż miło było słuchać szumu mórz we łbach ludzi ze stolików obok, a w oczach oglądać plaże, relaks i spokojne spacery po otoczakach, ozdobione cichym pomrukiwaniem saksu profesora Dudy i melodyjną trąbką Barona. Potem jakiś utwór, o ile dobrze zrozumiałem, z japońskiej wersji longpleja, który sprawił, że nogi i palce zaczęły chodzić pod stolikami, biorąc darmowe lekcje poczucia rytmu. Pierwsze nieśmiałe solówki, wypady do przodu, zarzucanie wojtkowymi włosami, jazzowa furia i mocne zakończenie, w którym duży udział miał bębniarz – Rafał Klimczuk.


Po chwili wpłynęliśmy w kosmiczne odmęty za sprawą utworu „Rick”, opisującego postać znaną z twórczości Philipa K. Dicka. Kompozycja znajduje się na audiobooku „Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”, który niedługo pewnie zagości w moim odtwarzaczu, bo to co wypływało ze sceny po prostu zgniatało. Delikatnie użyta elektronika we współpracy z trąbką, prawie milczący saksofon, warczenie basu i muskanie perkusji, przetransponowało się w obłęd. Wojtek Mazolewski powiedział, że starał się zrobić coś wyrazistego, by podbić i wzbogacić przekaz książki. Rzeczywiście nadał muzyce bardzo ludzki charakter i wraz z kolegami z PF mógł chyba stworzyć (wszak jeszcze nie słyszałem) taki soundtrack, który „[...]wyraża głębię i złożoność człowieczeństwa”. Po wysłuchaniu „Ricka”, wierzę na słowo, że się udało. Naprawdę, gdy zna się tekst P. K. Dicka, przed oczami jawi się Deckert, walczący z czymś, czego sam określić nie potrafi.


Potem delikatnie wszedł „Velvet”, w którym moim zdaniem największą uwagę przykuł Tomasz Duda. Facet naprawdę potrafi wiele i Pink Freud sporo mu zawdzięcza. Nie wybija się, za to jest fundamentem i spoiwem – najelastyczniejszym na jakie można pozwolić sobie formacja grająca tak prosto skomplikowaną muzykę. Przede wszystkim gra „na bogato” i brzmieniowo naprawdę zróżnicowanie, a gdy podczas koncertu wykorzystał technikę permanentnego oddechu w jednym z utworów, w którym jeszcze zgrabnie z saksofonu zrobił sobie perkusję, można było tylko ochać i achać. 



Po pięknym zakończeniu „Velvet”, nadeszła pora na „Diamond way”. Muzycy podziękowali tym utworem fanom, którzy są z nimi, wspierają i wielbią, po czym poczęstowali nas zgrabnym, tradycyjnym już zdaniem: „Aby wszystkie wasze drogi były diamentowe”. I z tą kompozycją zaczęło się dziać coś, czego doświadczyć na własnej skórze można tylko na koncercie. Wieczór wypełniła łagodność i ostrość, noc i dzień, piękno i brud – naprawdę było tam wszystko. Umiejętne łączenie stylów, od yassu przez drum'n'bass, elektronikę, punka, rocka, a momentami nawet metal, jeśli wciśniemy w to krótkie, perkusyjne szaleństwa Klimczuka. 

Przeglądając różne recenzje z koncertów Pink Freud, wyczytałem że Mazolewski jest muzykiem przeciętnym i tak naprawdę ciągnie ten różowy, psychoanalityczny wózek dzięki osobowości i piarowi. Cóż, chciałbym być tak przeciętnym muzykiem, by zagrać owe solo w utworze „Bourbon”, które może nie było na miarę finezji Wootena, ale miało w sobie wypierd, godny sporych rozmiarów mamuta; chciałbym przesterowanym brzmieniem zmiatać tak, by pod sceną wszystkim długowłosym zrobiły się trwałe; chciałbym grać taki „jazz dla ubogich”; chciałbym mieć taką radość z grania jak ten „zły Wojtek”. Może i na niektórych robi wrażenie wiejskiego dandysa, może nie gra jak wirtuoz, ale co z tego, skoro muzyka, którą tworzy po prostu porywa? Bas w dupę malkontentom. Freud naprawdę zrobił nam tego wieczoru dobre pranie mózgu.   

O „Come as you are” i „Bald inquisitor” nie będę wiele pisał, bo zwyczajnie nie mam ochoty na peany. Wystarczy, że było „właściwie”. Tak jak powinno być na koncertach. Wyśmienite pasaże i solówki Barona, szaleństwo Mazolewskiego, finezja Dudy i solidna dawka łupnięć Klimczuka, który według mnie był trochę za bardzo schowany w Soria Moria, ale uniósł ciężar jak należy. Podwójny bis i tłum ludzi pod sceną, owacje na stojąco i dobre wrażenie. Tyle.  
Wierzcie mi – Pink Freud pocięło publiczność w Oslo na kawałki, posoliło i upiekło bez przypraw w kotle dźwięków. Udowodnili, że są naprawdę świeżym, wyśmienitym głosem we współczesnym jazzie i warto posłuchać ich na żywo. Nie sądziłem, że dadzą z siebie tyle, bym długo po powrocie do domu nie mógł zasnąć, rozemocjonowany muzykobrazami i śnił o elektrycznych owcach. A śniłem. 
Co na to Zygmunt?  

9/10

2 komentarze:

Przemysław Pinczak pisze...

Eh, cały ten róż. Byłem już na chyba pięciu koncertach Pink Freud i uwielbiam gości. Kto pisze, że Wojtek jest średnim muzykiem? Może wirtuozem nie jest, ale z pewnością przynajmniej bardzo, bardzo dobrym instrumentalistą. Ale mniejsza z umiejętnością gry na basie czy też kontrabasie. Mazolewski jest rewelacyjnym kompozytorem i temu nikt nie zaprzeczy! Zresztą Pink Freud jako zespół dokonał olbrzymiego postępu od Sorry Music Polska do koncertowej Alchemii, która była ich pierwszą dojrzałą płytą, po której posypały się już same rewelacyjne albumy. A na koncertach to prawdziwy żywioł i wulkan energii.

Jego Quintet też widziałem na żywo i muszę powiedzieć, że jest równie dobry, jak Pink Freud. Co prawda Grzybobranie mu się nie udało za bardzo (płyta jest zwyczajnie nudna), ale już dwie kolejne płyty miażdżą.

A audiobook jest rewelacyjny. Tydzień temu skończyłem słuchać i z czystym sumieniem gorąco polecam!

Linteath pisze...

nie chcąc być gołodupcem, poczytałem trochę recenzji w necie. sporo pozytywnych głosów, ale za krótkich, zbyt miałkich, przesłodzonych. większość jednak to przydługawe recki o tym jaki to Wojtek zły, jak Milwil się marnuje i jak może z nimi grać taki koleś jak Duda. zero słów o perkaczu. nieważne. byłem, widziałem, przeżyłem i uważam, że koncertowo są świetni. rewelacyjni wręcz.

audiobooka słuchałem już. teraz robię to drugi raz i powiem, że dla mnie to mistrzostwo świata. nie dość, że muzyka idealnie dopasowana, to jeszcze świetnie podobierali aktorów do ról Deckerta i kurzego móżdżka. a po niedawnym zobaczeniu na żywo dzieł Muncha, zarówno audiobook jak i obrazy nabrały jeszcze innego znaczenia, przeszły do innego wymiaru. wyśmienite. dzięki, że przeczytałeś recenzję :)

Prześlij komentarz